Alpy Graickie 2007
Kiedy ktoś mnie pyta, dlaczego właściwie Alpy, dlaczego właśnie Mont Blanc? wtedy odpowiadam, bo wyżej w tej części Europy się nie da, bo każdy, kto choć raz był w Tatrach, kto poczuł tatrzański granit pod stopami zapragnie czegoś więcej… a to więcej dają nam dzisiaj Alpy…


Pomysł wyprawy na Blanca „chodził” za mną, od kiedy pamiętam, od kiedy pierwszy raz zobaczyłem tą górę na fotografii, kiedy poznałem pierwszą osobę, która tam była. Wydawało się szaleństwem planowanie pierwszego kontaktu z Alpami właśnie od ich najwyższego szczytu, ale jak to w górach bywa najwyższy wcale nie znaczy najtrudniejszy. Był pomysł, byli chętni…

              Sierpniowego popołudnia ruszyliśmy więc autokarem relacji Wrocław – Genewa na spotkanie naszej pierwszej alpejskiej przygody. Wielogodzinna podróż do Genewy dała się nam nieco we znaki, ale humory dopisywały. Z Genewy z ciężkimi „worami” ruszyliśmy w kierunku francuskiej granicy, aby tam próbować łapać okazję do Chamonix lub Les Hauses, miejscowości leżących u stóp najwyższej góry europy. Podzieleni na trzy dwuosobowe grupki bez większych problemów dotarliśmy na miejsce. Jak u polaków bywa z finansami było kiepsko, więc zamiast na kempingu nasz pierwszy nocleg spędziliśmy na prywatnej posesji aktualnie akurat będącej bez gospodarza.

               Kolejny dzień obudził nas pięknym słońcem, więc z uśmiechami zaczęliśmy naszą wędrówkę na szczyt. Szlak z Les Hauses przez schronisko Tete Rouses jest chyba najpopularniejszy, więc go właśnie wybraliśmy. Początkowo droga pnie się długo i monotonnie leśnymi serpentynami, potem torowiskiem kolejki górskiej aż do stóp lodowca Tete Rouses. Jakie było nasze zdziwienie widząc ten pierwszy w życiu lodowiec, który lodowca z naszych wyobraźni wcale nie przypominał, był szary, kamienisty, posępny. Słoneczny sierpniowy dzień zachęcał to fotografowania niemal każdego fragmentu otaczającego nas górskiego świata, ale czas biegł nieubłaganie a do biwaku zaplanowanego przy schronisku wciąż było jakieś 600 metrów podejścia co w Alpach może oznaczać kilka godzin.
             Schronisko jest ustawione na wysokości 3167 mnpm dojście do niego zajęło nam ok. 9 godzin z kilkoma przerwami. Po dotarciu na miejsce i znalezienia dogodnego miejsca pod namioty na platformie nieopodal schroniska zabraliśmy się za gotowanie i podziwianie pierwszych alpejskich wieczornych panoram. Pogoda ewidentnie się zmieniała, a złowieszcze chmury nadciągały z zachodu wraz z zachodzącym słońcem malowały niebo tysiącami kolorów. Trochę martwiła nas ta pierwsza noc na tej wysokości, nikt z nas wcześniej nie był tak wysoko, ale jak się okazało rano, wszyscy byli w doskonałej dyspozycji. Pogoda jednak całkowicie się posypała, zaczął padać śnieg, szaro buro, nieprzyjemnie. Swoją drogą padający śnieg w sierpniu do tej pory robi na mnie wrażenie. Udaliśmy się na mały rekonesans do schroniska, aby zasięgnąć informację o prognozie pogody, która niestety miała poprawić się dopiero za kilka dni. No nic trzeba było się pogodzić się z bezczynnością i zająć typowymi górskimi czynnościami jak topienie śniegu na herbatę czy łapanie wody z rynien schroniska. Większość czasu spędzaliśmy pod dachem Refuge de Tête-Rousse od czasu do czasu wychodząc odśnieżać namioty, które uginały się pod ciężarem wciąż przybywającego śniegu. Po dwóch dniach w końcu zaczęło się przejaśniać i zobaczyliśmy w całej krasie ścianę Goutera i słynny kuluar spadających kamieni, niechlubne miejsce, jedno z niebezpieczniejszych na tym szlaku. Nareszcie przestało sypać i można było wyjąć aparaty, a było co fotografować. Szare brudne skały teraz w pięknej śnieżnobiałej szacie robiły niesamowite wrażenie. W takich warunkach doceniłem moją cyfrówkę, na którą zamieniłem starego analoga. W końcu mogłem zrobić tyle zdjęć ile chciałem, nie licząc klatek kliszy fotograficznej. Wspaniały wielobarwny wieczór przesądził… jutro ruszamy do schroniska Gouter znajdującego się na wysokości 3817 mnpm. Wspominany kuluar spadających kamieni nazywany też kuluarem Rolling Stones należy przekroczyć możliwie jak najwcześniej, gdy skały są zmrożone i ryzyko obsuwających się głazów jest najmniejsze.

                 Ruszyliśmy ok. 9.00 kuluar pokonując bez trudności, ale z sercem na ramieniu, ponieważ ekspozycja w tym miejscu robi spore wrażenie. Ogólnie ściana Goutera zdobywana od schroniska Tete Rouse jest dość eksponowanym miejscem, dlatego wiele ekip idzie tam związanych linami. My niestety takowych nie posiadaliśmy, więc wykorzystując nasz wrodzony „małpizm” przedzieraliśmy się przez rzesze amatorów górskiej przygody. Do Goutera dochodzimy ok. 14 , zaklepujemy sobie miejsce na podłodze schroniska i wychodzimy podziwiać… a jest co… z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że podczas mojej wieloletniej przygody z górami takich scen malowanych przez naturę nie widziałem nigdzie indziej. Popołudnie ciepłe, słoneczne zachęca do rozbierania i opalania, czym wzbudziliśmy ogólne zainteresowania rozmaitej narodowości turystów nasmarowanych kremami z filtrami i szczelnie zakrywających każdy skrawek ciała. Na tej wysokości słońce operuje znacznie mocniej, więc nie można przesadzać, ale kilkunastominutowa słoneczna kąpiel chyba nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Cisza nocna w schronisku zaczyna się szybko, właściwie już o 20.00 wszyscy leżą w śpiworach z budzikami nastawionymi na magiczną „drugą” . Ale jak tutaj spać, gdy w głowie kołacze się jedynie myśl o marzeniu, które przy odrobinie szczęścia jutro się spełni. Zasypiam niewiadomo, kiedy, wcześniejsze noclegi na wysokości ponad 3 tysięcy metrów teraz procentują dobrą aklimatyzacją.

„Dryń , dryń, dryń” „pik, pik, pik” budziki obwieszczają czas pobudki , obwieszczają wielki dzień. Chcąc wyjść, jako jedni z pierwszych, aby uniknąć wędrówki w „tramwaju” szybko pakujemy ekwipunek, zakładamy raki, czołówki i ruszamy w alpejską noc, noc tak rozświetloną gwiazdami jak żadna inna… Pokonujemy kolejne kilometry w zupełnej ciemności, nie widząc odległości, nachylenia terenu, nic tylko gwiazdy i światła śpiącego Chamonix gdzieś w dole. Ok. 4 mijamy wysokogórski schron Vallot na wysokości 4362 mnpm wysokość jeszcze nie daje się we znaki, a może to właśnie adrenalina pcha nas do przodu, dodając sił.
Gdy tak szedłem patrząc na niebo, na kontury gór, byłem przekonany, że piękniej być nie może, że lepszych warunków do obcowania z górami nie ma nigdzie indziej na świecie. Cieszyłem się, że w tej cudownej chwili są przy mnie przyjaciele, że też mogą brać udział w tej niesamowitej przygodzie, myślałem o tych, których zabrakło i szedłem w oczekiwaniu na pierwsze promienie słońca.
Gdy doszliśmy do grani Bosson, szczytowej grani Mont Blanc słońce zaczęło wychodzić zza horyzontu, dodając energii tak potrzebnej na tej wysokości. Grań jest kolejnym niebezpiecznym miejscem na szlaku, szczególnie podczas silnego wiatru, którego na szczęście nie było wcale. Kondycja nieco padała na wysokości 4500 metrów, ale motywacja gnała, gnała… Szczyt 6: 00 niesamowite !!! sms do kraju, do siedzących nad morzem znajomych, dumni, szczęśliwi… Na szczycie zimno było strasznie, więc po kilku zdjęciach i kilkunastu minutach ruszyliśmy w drogę powrotną.
Jednym z utrapień schodzących jest mijania się z wchodzącymi na wąskiej grani, rozluźnienie, euforia sprawiają, że człowiek staje się mniej uważny, dlatego większość wypadków ma miejsce podczas zejścia. Na szczęście bezpiecznie pokonujemy grań podziwiać widoki niezliczonych szczytów. Schodząc uświadamiamy sobie, jakie trudne było podejście, cieszymy się, że mogliśmy iść w nocy nie widząc tak naprawdę trudności przed nami. Mijamy Goutera i pędzimy do naszych namiotów przy schronisku.
Kuluar spadających kamieni wypełniony zwałami po lawinie, która zeszła w nocy uświadamia nas o niebezpieczeństwie tego miejsca, a przecież już dobrze popołudniu, więc niewątpliwie nie powinno się tamtędy chodzić. Namioty na wyciągnięcie ręki jednak wygrywają, ruszamy, przechodzimy, schodzimy.
Wieczorem pakujemy sprzęt i rano ruszamy do leżącego u podnóża Les Houses. Droga męcząca jak żadna inna, długa, monotonna, nogi bolą po wczorajszym forsowaniu, ale idziemy, walczymy. Schodzimy do miasteczka, robimy zakupy w markecie i idziemy na kemping… a co tym razem nam się należy.

Wykąpani siadamy przy wspólnej kolacji, przy francuskim winie snujemy nasze już tylko wspomnienia patrząc na te magiczne szczyty, nie mogąc uwierzyć, że to już przeszłość…





AKTUALNOŚCI
 


WITAM I ZAPRASZAM DO DZIAŁU "OBRAZEM" GDZIE ZNAJDZIECIE ZDJĘCIA Z LISTOPADOWEGO WYPADU W TATRY
Przycisk Facebook "Lubię to"
 
Reklama
 
 
 


POLEĆ STRONĘ ZNAJOMYM

Udostępnij
 
POGODA W CZARNOHORZE

 
Stronę odwiedziło 21856 odwiedzający
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=