Czarnohora 2008

Jest jeszcze kilka miejsc na świecie w których człowiek może poczuć się naprawdę wolny… Jednym z takich miejsc jest ukraińska Czarnohora, pasmo górskie tak obce i nieznane przeciętnemu Polakowi jak i przeciętnemu Ukraińcowi. Wraz z grupą przyjaciół szukaliśmy ciekawego miejsca na spędzenie majowego weekendu, z dala od ludzi i zgiełku codziennego życia. Wybraliśmy Ukrainę, bo tanio, bo nieznane, bo… bo przecież Ukraińskie szczyty tak mocno łączą się z historią Polski, że trudno o tym nie pamiętać.





Nasza przygoda miała początek na przejściu granicznym w Medyce, gdzie wśród całej rzeszy „mrówek” przekraczaliśmy granicę. I tutaj pierwsze zdziwienie… jadąc na Ukrainę mamy konieczne aczkolwiek często mało przyjemne spotkanie z ukraińskim celnikiem. A dokąd, a po co, tysiące pytań i tyleż samo odpowiedzi o górach o których istnieniu ukraińscy celnicy dowiedzieli się chyba dopiero od nas.

 

Jedziemy…

Wszystkie pociągi w dalsze części kraju odjeżdżają z dworca kolejowego we Lwowie jest to najbliższy dworzec od granicy polsko – ukraińskiej i właśnie na z niego rozpoczynamy kilkugodzinną podróż ku naszym , nieznanym i dzikim szczytom. Ukraińskie pociągi jak i większość rzeczy w tym kraju, może mocno zdziwić polskiego turystę, w niemałym zdziwieniu byliśmy i my. Pociągi to spadek po dalekobieżnych rosyjskich pociągach kursujących niegdyś po całym terytorium ówczesnej Ukrainy. Duże wagony, z miejscami jedynie do leżenia, ze szczelnie zamkniętymi na przysłowiowy „amen” oknami. Wszystko jak w zegarku począwszy od punktualności, przez dokładne wydzielanie miejsc, na herbacie z samowaru kończąc.

Osiem godzin jazdy i witają nas majaczące w oddali szczyty Zakarpacia. Stacja końcowa – Worochta. Niestety jest już zbyt późno by jechać dalej, postanawiam więc spędzić noc na miejscowym dworcu, który zupełnie nie przypomina tych „naszych” polskich. Dworce Ukraińskie jak i wszystko co jest pod zarządem Państwa są naprawdę bardzo zadbane.  Po kilku godzinach snu budzi nas radosny śpiew podchmielonego Hucuła, który postanowił sprawić nam niespodziankę. Pakujemy śpiwory i ruszamy do odległej o kilkanaście kilometrów wsi Dzembronia.  Wieś jest pięknie położona otoczona śnieżnymi szczytami, oraz pastwiskami z leniwie pasącym się bydłem. Kilka kilometrów nad wsią znajduje się „Chatka u Kuby” dom Polaka, którym tak przypadł do gustu czarnohorski klimat, że postanowił zostać tam na dłużej. Sama chatka to zwyczajna zakarpacka chałupa, w  której jednak bije polskie serce i jest miejscem spotkań polskich miłośników Zakarpacia. Gospodarz w niezwykle miły sposób potrafi umilić czas swoim towarzystwem, nie gardząc naszym prowiantem.

 

W góry

Z centrum wsi Dzembronia rozpoczyna się kilka szlaków na pobliskie szczyty oraz szlak czerwony wyznaczany właśnie przez wspomnianego wyżej Kubę, którym dostajemy się na grań Czarnohory. Główna grań to historyczna granica Polsko – Czechosłowacka na której co krok możemy spotkać pozostałości po walkach zbrojnych. Druty kolczaste, okopy to nierzadki widok Czarnohory. Naszym głównym celem jest przejście całego pasma począwszy od malowniczo położonego Popa Iwana na Howerli kończąc. W górach ukraińskich można rozbić namiot dosłownie wszędzie, nie ma problemów z miejscem na biwak, choć ponoć można niekiedy spotkać „strażników” w rzeczywistości przebierańców z pobliskich wsi chcących wyłudzić kilka groszy. Nam się udało uniknąć tego wątpliwie miłego spotkania. Decydując się na spanie na szlaku pamiętać należy jednak, że większa część masywu leży w obrębie Karpackiego Parku Narodowego i należy zachować się tam jak prawdziwy turysta.

 

Na grani

Po zrobieniu zapasów żywności na najbliższe kilka dni w miejscowym sklepiku, ruszamy szlakiem w kierunku naszego pierwszego celu – Popa Iwana. Sam szczyt nie jest bardzo wysoki zaledwie 2028 mnpm, ale na jego szczycie czekają na nas spore atrakcje w postaci ruin dawnego polskiego obserwatorium meteorologicznego. Niestety pierwszego dnia nie udaje nam się dotrzeć na szczyt i postanawiamy rozbić namioty pośród dwumetrowej kosodrzewiny na Uchatym Kamieniu, który góruje nad okolicą. Nadciągające chmury nie wróżą niczego dobrego. Ranek wita nas mglisty i deszczowy, mało zachęcający do górskiej wędrówki, szczególnie, że widoczność spadła właściwie do zera. Po dłuższym namyśle postanawiamy jednak dojść do naszego celu. Szlak na Popa Iwana w piękny słoneczny dzień jest bardzo prosty i przyjemny jednak dla nas okazał się prawdziwym utrapieniem. Prowadzi przez „Przełęcz nad Kwadratem” w rzeczywistości jest to coś w rodzaju pozbawione drzew doliny w której jeśli wierząc miejscowym legendom nie należy rozbijać namiotów gdyż wiejący tam często wiatr jest straszniejszy niż skowyt wilków. Błądząc we mgle trafiamy nareszcie na słupki graniczne, który wyznaczają główną grań i tym samym prowadzą nas na sam szczyt Popa Iwana. Rozbijamy namioty i postanawiamy spenetrować ruiny „Białego słonia” taką właśnie nazwę nosiło obserwatorium w latach swojej świetności. Teraz to już tylko ruina jednak zachowana w bardzo dobrym stanie. Podobnie jak poprzedniego wieczora zanosi się na deszcz. Z zachodu nadciąga burza. O nocy na szczycie Popa Iwana powiem tylko, że była to największa burza jaką miałem okazję przeżyć nocując pod tropikiem namiotu.

Ranek przywitał nas dobrą słoneczną pogodą, która dodała ochoty na dalszą wędrówkę. Piękne widoki dodawały nadziei, że pogoda się ustabilizuje. Ruszyliśmy granią prowadzeni przez słupki graniczne i czerwone znaki w kierunku majaczącej w oddali Howerli. Wędrówka Czarnohorską granią jest niezwykle przyjemna i nie wymagająca dużej sprawności fizycznej, aczkolwiek dobra znajomość topografii jest tam dużym atutem. W promieniach słońca i morzu krokusów mijamy kolejne szczyty   Munczel (1999mnpm), Brebenieskuł (2036mnpm), Gutin Tomnatyk (2016mnpm). Na szlakach Czarnohory występuje spory deficyt w wodę pitną i należy pamiętać o jej uzupełnianiu przy każdej okazji. Zbliżał się wieczór a my wciąż nie spotkaliśmy, żadnego człowieka od chwili opuszczenia wsi. Nie licząc trójki  Polaków, która towarzyszyła nam od Popa Iwana. Niezwykłe to uczucie mieć świadomość otaczających Cię gór które, zdają się być tylko Twoje. Cisza… to częsty towarzysz. Podziwiając piękno Ukraińskiej przyrody postanowiliśmy rozglądać się za dogodnym miejscem na nocleg, bo jak każdego wieczora tak i tym razem zbierało się na deszcz. W strugach padającego deszczu w pośpiechu rozbiliśmy nasze namioty na brzegu malowniczo położonego nieopodal grani jeziorka górskiego o wdzięcznej nazwie „Jeziorko Niesamowite” Tak jak wiele miejsc tak i to miało swoją legendę. Ukraińscy pasterze powiadają, ze kto wykąpie się w wodzie jeziora stanie na ślubnym kobiercu jeszcze tego samego roku. Czy legenda jest prawdą ? Przekonajcie się sami. Wieczór nad jeziorkiem upłynął pod znakiem fotograficznych szaleństw i podziwiania plenerów.

 

Czas na Howerlę

Poranek mglisty aczkolwiek ciepły zachęcił nas do szybkiego pakowania i ruszenia w dalszą drogę, Howerla królowa Ukrainy przecież nie może czekać. Pierwszą przeszkodą był wznoszący się nad samym Jeziorkiem Niesamowitym szczyt Turkuł (1932mnpm), którego zdobycie na „rozgrzewkę” kosztowało nas sporo energii. Mglista aura skutecznie maskowała ukrytą gdzieś w oddali Howerlę. Mijały godziny, mijały kolejne szczyty Dancerz (1850mnpm), Pożyżewska ( 1822mnm) oraz Breskuł (1911mnpm) z którego po raz pierwszy zobaczyliśmy górską królową. Howerla jest szczytem o kształcie piramidy wznoszącym się nad okolicę na wysokość 2061 mnpm. Na jej szczycie, którego zdobycie zabrało około godziny znajduje się sporo Ukraińskich symboli narodowych, kamienny obelisk i metalowy krzyż, w niesamowity sposób ściągający pioruny podczas burzy. Miejscowi powiadają, że Howerla to Ukraińska księżniczka, którą zamieniła się w górę po klątwie rzuconej przez miejscowego popa ( Pop Iwan ) który odmówił jej i jej ukochanemu Pietrosowi  udzielenia ślubu, po czym sam stał się górą. Ile w tym prawdy, tego nikt nie wiem, ale jak przystało na dobrą legendę wypada w nią wierzyć. Na szczycie spędziliśmy niecałą godzinkę, po czy ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Dochodząc do Przełęczy Harmeńskiej napotkaliśmy tam na maleńką cerkiew nieopodal której stała opuszczona chata. Chata nie miała drzwi ale solidny dach i piec w środku zachęcał do zostania na noc. Z planu jaki widniał na ścianach budynku wynikało, że na terenie całej Czarnohory jest kilka podobnych chat – schronów. Nie obawiając się deszczu w towarzystwie śliwowicy i „koreczków” z tyrolskiej spędziliśmy miły ostatni wieczór w górach Ukrainy. Rankiem ruszyliśmy w położoną u podnóża Howerli wsi Łazeszczyna, wyposzczeni kilkudniowym brakiem przysmaków wykupiliśmy część zapasów chyba jedynego sklepiku we wsi w którym dodatkowo prawdziwi strażnicy leśni pobrali stosowne kilka hrywien za pobyt i nocleg w Parku Narodowym. Droga do domu była równie emocjonująca i pełna planów na kolejną ukraińską eskapadę.

 

CZARNOHORA

A ja pójdę przez góry, przez góry,
Znów trawersem przez chmury, przez chmury.
Pod nogami Karpaty, Karpaty,
Cień przeszłości skrzydlaty, skrzydlaty.

Czarnohora z dawnych lat,
Przez granice, przez marzenia, poprzez świat.
Dzwonki owiec, Jorgi ślad
I wspomnienia starych chat.
Huculskie piosenki rozwiał wiatr.

Błękit nieba w dole lśni,
Znów trawersem pod Turkułem będę iść.
Na Hawerkę patrzy Bóg,
Gdzie są ślady naszych stóp –
Przesłania je chmura dalszych dróg.

Obcy język, swojska pieśń
Gdzieś do Polski połoniny będą nieść.
Pop Iwana groźny zrąb,
Tomnatyka czarny ząb
Mgły września zabiorą nam je z rąk.

Czarnohoro śpiewaj mi,
Że w kosówce, nad jeziorem warto żyć,
Starej watry zniknie dym,
Nasze pieśni lecą z nim
To było naprawdę – wierzcie mi.






AKTUALNOŚCI
 


WITAM I ZAPRASZAM DO DZIAŁU "OBRAZEM" GDZIE ZNAJDZIECIE ZDJĘCIA Z LISTOPADOWEGO WYPADU W TATRY
Przycisk Facebook "Lubię to"
 
Reklama
 
 
 


POLEĆ STRONĘ ZNAJOMYM

Udostępnij
 
POGODA W CZARNOHORZE

 
Stronę odwiedziło 22177 odwiedzający
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=